sobota, 28 czerwca 2014

Epilog

Jasne, oślepiające światło boleśnie raniło mój zmysł wzroku, mimo mocno zaciśniętych powiek. Mogłam się tylko domyślać, ale byłam prawie pewna, że jest to miejsce tak jasne i czyste, jakiego nie spotkałabym nigdzie na świecie.
Wokół mnie panowała cudowna cisza i spokój. Miałam wrażenie, że nawet mój oddech, gdzieś w tej ciszy niknie i go nie ma. Nie było też zimna i ciepła, a miejsce w którym leżałam było niezwykle wygodne. Zaczęłam bardzo powoli rozchylać powieki, lecz rażące mnie światło było naprawdę mocne. Przesłoniłam oczy dłonią by móc cokolwiek zobaczyć i oniemiałam. 
Znajdowałam się w długim pomieszczeniu w, którym wszystko było na biało. Wzdłuż idealnie czystej ściany ustawiony był rząd kamiennych ławek, które zdawały się nie mieć końca. 
Mój wzrok powoli się przyzwyczajał do ostrego światła, więc odsunęłam dłoń i dopiero gdy dotknęłam nią podłoża zauważyłam, że nie jest to ziemia czy chodnik, ale zwykłą podłogą też nie mogłam tego nazwać. 
Wstałam powoli i obróciłam się dookoła własnej osi, nie wiedząc gdzie mam iść. Dookoła mnie wszystko wyglądało tak samo, potrzebowałam więc wskazówki nawet najmniejszej, była niezbędna by podjąć decyzje. Z wolna zaczęłam też sobie przypominać co się niedawno wydarzyło. Leo i ja mieliśmy poważny wypadek zderzając się z drzewem. Czy to znaczyło, że umarliśmy i znajdowaliśmy się u wrót do nieba? Ale w takim razie gdzie był Leo? Nigdzie Go nie widziałam i to mnie trochę przerażało, lecz miałam nadzieje że już za chwilę Go znajdę. 
Ruszyłam powoli przed siebie stawiając krok za krokiem, choć nie miałam bladego pojęcia gdzie idę. Nikogo po drodze nie mijałam i niczego poza białymi ścianami po prawej i lewej stronie nie widziałam. Panująca wokół cisza sprawiała wrażenie jakby nic się tu nie działo, a przecież to miejsce po coś istniało. 
Nagle usłyszałam za sobą kroki i a zaraz za nimi wołanie, lekko stłumione lecz na tyle wyraźne, abym rozpoznała w nim własne imię. 
- Charlie! Chaarlie!!
Zatrzymałam się i powoli odwróciłam w stronę przybysza. Dopiero po chwili rozpoznałam w nim Leo. Jak na umarłych oboje wyglądaliśmy całkiem normalnie, jak zwykli ludzie tylko ubrani na biało i przebywający w tym a nie innym miejscu. 
- Gdzie byłeś? - odetchnęłam z ulgą bo wcześniej bałam się, że może Go tu jednak nie być - Szukałam Cię. 
- A ja Ciebie - odrzekł z prostotą - Wygląda na to, że znaleźliśmy się w dwóch różnych miejscach po to aby się odnaleźć. 
- Masz rację - skinęłam głową - Czy my umarliśmy? 
Wiedziałam, że w moich oczach pojawił się lekki smutek, a głos się trochę łamał gdy mówiłam te słowa, ale to było silniejsze ode mnie i nie umiałam tego powstrzymać. 
- Myślę, że tak - mimo sytuacji uśmiechnął się rozbrajająco zapewne by dodać mi otuchy - Chyba, że coś Cię gwałtownie ściąga w dół lub spotkałaś kogoś kto kazał Ci wracać. 
- Nie - dodatkowo pokręciłam głową na boki by wzmocnić moją wypowiedź - Co teraz? 
- Wydaję mi się, że powinniśmy iść w tamtą stronę - pokazał kierunek w, którym zmierzałam zanim mnie znalazł. 
- A, dlaczego nie w tamtą stronę? - zapytałam jak dziecko, które nie dostało lizaka i pokazałam przeciwny kierunek. 
- Bo tam jest przejście na ziemie, a my nie możemy już tam wrócić - jego cierpliwy głos, trochę ukoił moje nerwy - Musimy iść tak długo aż kogoś spotkamy albo znajdziemy coś, co nas naprowadzi na to co dalej. 
- Leo? - zatrzymałam się pod wpływem impulsu, a teraz patrzył na mnie i nie do końca wiedziałam co mam Mu powiedzieć. 
Choć spoglądał na mnie pytającym wzrokiem to uparcie milczałam, bo głos utknął mi w gardle. Splótł swoje palce z moimi i ta niewielka bliskość sprawiła, że znów poczułam się bezpieczniej. Popatrzyłam Mu w oczy i odetchnęłam głęboko. 
- Chyba się boję - uśmiechnęłam się niepewnie, tak jakbym bała się Jego reakcji. Nowa sytuacja i otoczenie sprawiały, że czułam się mocno zdezorientowana tym wszystkim. Nasza spektakularna ucieczka przy tym była niczym. 
Trzymając moje palce w swoich podszedł bliżej i zajrzał mi głęboko w oczy, wolną ręką odsuwając z czoła zbłąkany kosmyk włosów i przesuwając na policzek. 
- Nie bój się. Jestem z Tobą - wyszeptał mi do ucha - Pamiętaj, że bardzo Cię kocham i nigdy nie opuszczę. 
- I ja Cię kocham - odpowiedziałam uśmiechając się szeroko. 
A potem nasze dłonie znów splotły się w mocnym uścisku i ruszyliśmy razem ku nowej, niebiańskiej przyszłości.
~~~~~
I ostatni odcinek za Wami, a także i mną. W zasadzie do końca 13 rozdziału nie wiedziałam czy następny to już będzie epilog czy akcja się jeszcze rozwinie. Jak widać wybrałam tą pierwszą opcję. 
Ruda napisała, że się nie spodziewała, ale mi już dawno przyszedł taki pomysł na zakończenie i uznałam go za najlepszy z możliwych. 
Bardzo chciałam Wam wszystkim podziękować, którzy czytali i wytrwali tyle czasu, niezależnie czy byliście od początku czy przyszliście w trakcie. Wszystkim Wam, a więc: Muniette, Pannie M, Mcaine i Rudej należą się słowa uznania i podziękowania za szczere i obiektywne komentarze, które dawały chęci na napisanie dalszych rozdziałów. Byłyście ze mną i to jest dla mnie ważne, choć czasem ta historia wydawała mi się strasznie absurdalna. 
Jeszcze raz wielki ukłon w Waszą stronę :))) Tym samym ogłaszam niniejszy blog za: 
OFICJALNIE ZAKOŃCZONY! 

Nie oznacza to jednak, że odchodzę i pisać już nie będę. Jeszcze się nie wypaliłam i mam pełno pomysłów na kolejne historie. Jedną z nich jest choćby Włoskie szaleństwo,  które niedawno zaczęłam publikować. Jeśli ktoś jest chętny to zapraszam, ale nie zmuszam. Przypomnę tylko, że jest to historia na zasadzie harlequina w, którym tłem jest życie bogatych i sławnych ludzi. 

To chyba wszystko. Do zobaczenia, więc na moim drugim opowiadaniu, gdzie kilka tygodni temu pojawił się rozdział drugi ;) 

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 13

Otworzyła nagle oczy i spojrzała w ogarniającą ją ciemność. Dostrzegła wiszącą pod sufitem lampę, niemodną już od co najmniej dziesięciu lat i odetchnęła z ulgą. Przyśnił jej się jakiś koszmar, we śnie bardzo się wystraszyła i teraz chciała jak najszybciej o tym strachu zapomnieć. Przetarła zmęczone oczy i przekręciła głowę w prawo. Na łóżku obok spała Bella, odkryta do połowy i z uśmiechem na ustach. Wibracja komórki leżącej pod poduszką odwróciła jej uwagę. Sięgnęła po nią naciskając czerwoną słuchawkę. Wyświetlająca się data i godzina na ekranie sprawiły, że na dłużej zatrzymała na nich wzrok. Jej oddech gwałtownie przyśpieszył, gdy zrozumiała co tak naprawdę widzi, a sceny z koszmarnego snu zaczęły napływać do niej falami. Czy było to możliwe, a może postradała już zmysły? Wedle komórki znowu był wrzesień, nie kwiecień. Ponownie była jesień, a nie wiosna. Może to Bella zrobiła głupi żart i przestawiła czas w komórce do tyłu..., ale jak to możliwe, że spała w swoim starym łóżku w rodzinnym domu? A, więc wszystko co się jej przyśniło było tylko snem... Ślub, potem śmierć Leo.. To całe cierpienie i ból. Żadna z tych rzeczy nie zdarzyła się tak naprawdę poza jej świadomością. Jak mogła mieć tak długi koszmar, tak straszny, a wciąż była noc? Usiadła starając się uspokoić oddech. Chciała racjonalnie i logicznie pomyśleć, ale panika, że nie wie co jest prawdą, a co ułudą narastała w niej coraz bardziej. Musiało być jednak jakieś zdrowe wytłumaczenie tego wszystkiego, nie mogła przecież tak tkwić w próżni i czekać. Jeszcze raz spojrzała na komórkę, wyświetlała godzinę 4:30 w nocy. Cóż, raz się żyje - pomyślała - Nie może boleć bardziej niż w tym śnie. 
Przeszła do kontaktów i zaczęła szukać tych na literę "L". Był! Serce zabiło jej mocniej, wciąż nie potrafiła wierzyć, aby było to możliwe. Wybrała opcję sms i wpisała wiadomość: Śpisz? 
Z bijącym sercem czekała na odpowiedź, dlatego musiała zająć czymś ręce. Szybko wstała i po cichu, tak żeby nie obudzić siostry, się ubrała. Wrzuciła kilka rzeczy do plecaka i dopiero ponowna wibracja komórki ją otrzeźwiła. Drżącymi dłońmi zgarnęła ją z łóżka, ale nie była w stanie nic zrobić. Tak bardzo się bała, że to może być kolejny sen, że zapragnęła najpierw wydostać się z domu. 
Wciągnęła do płuc świeże i przesycone deszczową pogodą powietrze. I dopiero to pozwoliło jej uzyskać choć na chwilę upragniony spokój. Powoli zaczęła iść niezbyt szeroką ulicą prowadzącą do skrzyżowania, gdy zostawiła za plecami swój dom tak, że nie było go widać, wyciągnęła telefon. Serce tłukło się w piersi, ale się nie zawahała, nie było już odwrotu. Otworzyła wiadomości i wybrała ostatnią jeszcze nie przeczytaną, od Leo. "Nie śpię, bez Ciebie nie potrafię" - brzmiała wiadomość. A, jednak! Teraz miała dowód, że jej sen był jedynie wytworem wyobraźni, strasznym to prawda, ale nie miał nic wspólnego z rzeczywistością i to było najważniejsze. 
Najszybciej jak to możliwe wystukała następne pytanie: "Spotkamy się? Teraz, tam gdzie zawsze". Nie było odpowiedzi, lecz czekała na tym cholernym skrzyżowaniu marznąc, ale wiedziała, że warto. Minuty mijały powoli, wlokąc się w nieskończoność pokazując jak bardzo czasami życie potrafi być monotonne. Już nie miała wątpliwości, że sen był stworzonym przez jej podświadomość kłamstwem, ale wciąż bała się, że może przenieść się do rzeczywistego świata. Co powinna teraz zrobić? Wiedziała, że musi powiedzieć o wszystkim Leo, nie chciała biernie czekać, aż jej koszmar wydarzy się naprawdę. 
Zobaczyła Go już daleka i poczuła jak jej serce przyśpiesza rytm. Zawsze tak na nią działał. Zaistniała sytuacja miała niewielkie znaczenie, bo teraz chodziło wyłącznie o Jego obecność. Gdy wiedziała, że jest w pobliżu nie potrafiła w żaden sposób powstrzymać reakcji swojego ciała. Stan ten był silniejszy od niej i nie mogła, a nawet nie chciała nic na to poradzić. Dzieliło ich jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale już z takiej odległości potrafiła dostrzec jak błyszczą mu oczy na jej widok. Mimowolny uśmiech rozjaśnił jej twarz. Wreszcie zatrzymał się tuż przed nią i znieruchomiał. Nie mogła się na Niego napatrzeć, chłonęła rysy Jego twarzy i całą postać, jakby ostatni raz widziała Go wiele lat temu. A to był tylko sen... Cieszyła się, ze senny koszmar się skończył, bo mogła się do Niego przytulić. W końcu oprzytomniała i zarzuciła Mu ramiona na szyję, czując jak zaciska ręce wokół jej talii. Tak dobrze, było znów czuć Jego dłonie! Wtuliła twarz w Jego klatkę piersiową, czując nieopisaną radość jego obecnością.

Nie mógł zaprzeczyć, że był nieco zaskoczony sms'em od Charlie o wpół do piątej rano, ale z drugiej strony bardzo się cieszył, że Ona myśli o nim równie często jak on o Niej. Nie miał pojęcia czym spowodowane było to nagłe spotkanie, lecz nie przeszkadzało mu stanie na pustej ulicy o świcie w przejmującym chłodzie i deszczu. Ważne, że znów byli razem tak obok siebie i mogli trzymać się za ręce. Co prawda już za niedługo miał być ich ślub, a to oznaczało bycie razem już zawsze, ale każda wspólnie spędzona chwila miała dla niego ogromne znaczenie i wiedział, że dla Niej również. 
Splótł Jej palce ze swoimi i pociągnął w dół ulicy. Przyglądał Jej się uważnie, choć nie dostrzegł nic co mogłoby wzbudzić w nim większy niepokój. Zauważył jednak, że miała lekko zaczerwione oczy i gdy na niego patrzyła, wydawała się zapominać o całym świecie. Oczywiście, że wcześniej już Jej się to zdarzało, widział to. Ale nigdy nie patrzyła na niego tak, jakby widziała go po raz ostatni. Nie miał pojęcia co było powodem, lecz wiedział, że jeśli jest to coś naprawdę ważnego to Ona mu o tym powie. 

Wzięła głęboki oddech i po raz pierwszy od dłuższej chwili spojrzała Mu w oczy. Wiedziała, że On czuje, że coś się dzieje tylko nie wie jeszcze co. Nie jest łatwą sprawą powiedzieć komuś, że najprawdopodobniej umrze, ale od takiej sytuacji nigdy nie byłoby odwrotu, więc wyjście miała jedno. Nie miała pojęcia jak to zrobić, lepiej delikatnie, wcześniej Go przygotowując czy tak prosto z mostu jak gdyby nigdy nic? Kolejny raz odetchnęła mocniej ściskając Jego dłoń. W końcu przystanęła i nie odwracając wzroku, patrzyła w Jego oczy. 
- Leo... - czuła jak łamie się głos, ale przynajmniej w tej części musiała być silna, czas na łzy będzie później - Śniło mi się coś o czym musisz wiedzieć...
- Nie wierzę, od kiedy uznajesz znaczenie snów? - zaśmiał się cicho głaszcząc jej policzek. 
- Od ostatniego - powiedziała sucho - Śnił mi się nasz ślub i... strzelanina w, której giniesz. 
Czekała na Jego odpowiedź, ale wzrok Leo stał się nieobecny. Zresztą czego mogła się od Niego spodziewać po takiej wiadomości? Nie powinna się dziwić, co nie zmieniało faktu, że chciała od Niego jakieś reakcji. Płaczu, krzyku, smutku, agresji. Czegokolwiek. 
Zatrzymał się w jednym miejscu patrząc w jeden punkt. Wyglądał jakby wstrzymał oddech w szoku na to co usłyszał. Nie mogąc wytrzymać ciszy jaka panowała wokół nich podeszła do Niego i pociągnęła za rękaw kurtki. 
- Powiedz coś - poprosiła błagalnie patrząc w Jego oczy. Były smutne, nieobecne. Nie wiedziała co ma zrobić, aby wywołać w nim choćby najmniejszą reakcję. 
Wreszcie pokręcił głową, tak jakby chciał wyrzucić z niej wszystkie niechciane myśli i posłał jej pytające spojrzenie. 
- Co Ci się jeszcze śniło? - słyszała jak próbuje nie dać po sobie znać, że się boi i nie wie co ma zrobić. Ale znali się już tak długo, że wiedzieli nawzajem osobie kiedy się złoszczą, boją albo są smutni nawet gdy ukrywali swoje reakcje. Nie była więc, w stanie zwalczyć pokusy przed przytuleniem Go i próbą pocieszenia. 
- Dużo rzeczy... - z początku chciała powiedzieć ogólnikowo, ale wtedy zrozumiała, że i tak będzie się wypytywał, więc omijanie tematu gdy powiedziała Mu co ją trapi byłoby bezcelowe - Twój pogrzeb... i jak tęskniłam za Tobą. 
- A kto kazał mnie... zabić? - słysząc te słowa mocniej ścisnęłam Jego dłoń, aby nam obojgu dodać otuchy. - We śnie było, że mój ojciec wynajął mordercę - z trudem przełknęłam ślinę - A doktor Cullen próbował dociec kto był sprawcą. 
- Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał - powiedział cicho, czułam jak Jego dłoń głaszcze moje plecy i to mnie trochę uspokajało, lecz nie miałam pojęcia co dalej. 
- Co teraz? - spytałam szeptem - Musimy coś zrobić. 
- Ale co? Jeśli ten sen jest jakiś proroczy, to się może wydarzyć wszędzie. 
- Nie wydaje mi się - pokręciłam głową starając się robić to bardzo przekonująco - Podobno sen o śmierci zapowiada zmiany w życiu. 
- W takim razie ucieknijmy. Może to okazja do jakiś naprawdę dużych zmian w naszym życiu - wyraźnie się uspokajał, a na Jego ustach powoli pojawiał się uśmiech - Charlie? 
- Tak? - posłałam Mu promienny uśmiech osoby zadowolonej życia i mocniej się przytuliłam. 
- Dziękuję, że mi powiedziałaś. 

Trzy dni później byliśmy gotowi do naszej wielkiej ucieczki. W sumie to nie wiem co w nas wstąpiło, że postanowiliśmy wyjechać. Może strach, że to faktycznie może się wydarzyć? Nikt nie miał pojęcia o tym co planowaliśmy, zostawiliśmy tylko krótki list, ale i tak pewnie będą zaskoczeni naszym zachowaniem. W pewnym momencie miałam wrażenie, że to jest jakieś szaleństwo, ale z drugiej strony uważałam, że skoro zaszliśmy już tak daleko to teraz nie ma odwrotu. Do ucieczki wybraliśmy auto zgodnie twierdząc, że jest znacznie bezpieczniejsze od innych  środków transportu. Jeszcze świtało gdy wyjeżdżaliśmy z Forks, właśnie dlatego wybraliśmy taką a nie inną porę. Nikogo jeszcze nie było na ulicach, a ludzie będący w domach mieli raczej małe szanse na rozpoznanie nas z większej odległości. Nie wiedzieliśmy gdzie chcemy się zatrzymać na dłużej, ale ciągnęło nas, gdzieś do dużego miasta by poznać inne życie. 
Droga była długa i męcząca, nie chcieliśmy przecież żeby znaleźli nas zbyt szybko. Najlepiej żeby w ogóle nas nie szukali. Pragnęliśmy samodzielności i niezależności. Nie mieliśmy ochoty być przez kogoś uwiązani, w tamtym momencie chcieliśmy być sami panem własnego losu. Być może to był powód i dlatego nam się nie udało. Chyba wizja innego życia za mocno zamąciła nam w głowach, by pozostać jednak wyczulonym na życiowe przeszkody. Forks już dawno zostało za nami, ale my wciąż pędziliśmy szosą o wiele szybciej, niż pozwalałyby na to drogowe znaki. Humor nam dopisywał i wydawało się nam, że teraz już cały świat należy do nas. Nie rozumiem jak w tamtej chwili mogliśmy stać się tak bezmyślni. 
- Nie żałuję - powiedziałam wesoło - Powinniśmy byli już dawno to zrobić. 
- Ta ucieczka to było najlepsze co mogło nas spotkać - Leo posłał mi szeroki uśmiech - W Forks można było się pobawić, rozerwać, ale to w dużym mieście mamy szansę na dobre studia i satysfakcjonującą pracę. 
- To gdzie się zatrzymamy? Seattle już niedaleko - z zachwytem podziwiałam widoki z samochodowego okna. Pomimo, że były to pola i czasem lasy, bił od nich taki spokój. 
- Będziemy jechać, aż się ściemni. To najlepsze wyjście.
Jadące za nami już od jakiegoś czasu auto, nagle zechciało nas wyprzedzić. Leo widząc zamiary kierowcy, ponownie nacisnął pedał gazu tak, że teraz jechaliśmy już nie 100 a prawie 200 km/h. Podświadomie gdzieś wiedziałam, że to szczyt nieodpowiedzialności z naszej strony, ale nic z tym nie robiłam. Wtedy nie chciałam, Leo też nie. Oboje pragnęliśmy trochę się wyszaleć i właśnie to mieliśmy. Jawiący się w oddali zakręt wydawał się i łatwy do pokonania i nie za krótki, tak żeby można było dobrze skręcić i jechać dalej. 
Zbliżaliśmy się do niego coraz bardziej, a jadące za nami auto także nie ustępowało. Tak jakby za wszelką cenę to właśnie nas chciało wyprzedzić. Leo chcąc zgubić natręta znów przyśpieszył w przekonaniu, że zdążymy jeszcze przed zakrętem. Udało nam się stracić sąsiedniego kierowcę z oczu, gdy nagle w bliskiej odległości od nas wyłoniło się drzewo. Dopiero teraz zrozumiałam, że nie będziemy w stanie wyhamować tak, żeby wyjść z tego. Oczy otworzyły mi się gdy było już za późno, jak mogłam być tak głupia i pozwolić nam na taką nieodpowiedzialność. Dostrzegłam strach w oczach Leo na to co miało nadejść i poczułam, że to uczucie i mnie nie jest obce. Ostatni raz spojrzałam Mu oczy z, których mogłam wyczytać wszystko, a potem poczułam silne szarpnięcie, a po nim uderzenie. 
Nie wiedziałam co się dzieje, przestawałam cokolwiek odczuwać i coraz bardziej zapadałam się w znieczulającą mnie ciemność. 

środa, 2 kwietnia 2014

Rozdział 12

Słowa wypowiedziane chwilę wcześniej przez Edwarda powoli i z trudem przebijały się do jej świadomości. "Kocham cię bardzo mocno i chcę z tobą być, ale to samo czuję również do Charlie..." Nie mogła w to uwierzyć, zrozumieć. Jak on mógł?! Przecież tak go kochała! Zaraz jednak pojawiło się poczucie, że to ona była pierwsza, to ją wybrał Edward nie jej siostrę. I to ją kocha. I ona będzie o niego walczyć, bo on jest jej! Uniosła głowę, by spojrzeć w jego pociągłą i teraz tak poważną twarz. Patrzył na nią przenikliwie. Uśmiechnęła się, więc najbardziej słodko jak tylko potrafiła, dostrzegając zaskoczenie w jego złotych oczach. 
- Kocham cię - przytuliła się do niego mocniej, chcąc zaznaczyć, że są razem. - Chcesz powiedzieć mojej siostrze?
- Przykro mi, ale nie potrafię inaczej - w jego spojrzeniu zauważyła smutek i żal.
- Nie szkodzi, ale chciałbym pójść z tobą.
~~~~
Reakcja Belli na jego wyznanie bardzo go zaskoczyła. Nie spodziewał się takiej wyrozumiałości i lojalności. A jednak. Musiała go bardzo kochać, skoro była gotowa to wszystko znieść. A mimo to coś nie dawało mu spokoju. Czy przy tym wszystkim nie widziała jego wad? Za jedną z nich można uznać choćby to, że jest wampirem. A zareagowała takim spokojem, jakby powiedział jej o brzydkiej pogodzie za oknem. Podobnie było z niedawną awanturą pomiędzy Charlie, a ich ojcem, a później jego aresztowaniem. Westchnął cicho, głaszcząc włosy wtulonej w niego dziewczyny. Najwyższy czas przestać tyle myśleć, a zacząć działać. 
~~~~
Siedziała na werandzie domu wpatrując się w drzewa rosnące dookoła i zastanawiając się, czy jeszcze wiele będzie takich dni, gdy będzie sama, zanim znów spotka Leo. Na samą myśl o nim, poczuła napływające do oczu łzy. Czy już zawsze tak będzie? Czy nigdy się z tym nie pogodzi? Nie chciała płakać, gdy o nim myślała. Chciała go pamiętać jako szczęśliwego człowieka, bo z nim była. Móc myśleć o nim jak najczęściej, bo zostały jej tylko wspomnienia. Ale jak, skoro za każdym razem czuła jeszcze mocniej ten cholerny ból w sercu. Czasem wydało się jej, że najlepszym wyjściem byłaby śmierć, przyniosłaby ulgę. Uleczyłaby jej okaleczoną duszę i pozwoliła znów spotkać Leo. Nie było to jednak realne, została u Cullenów. Nie miała siły się sprzeciwiać czy kłócić o inne rozwiązanie. A teraz stale jej pilnowali, jakby się bali, że zrobi sobie krzywdę. Otarła zapłakane oczy i ciaśniej otuliła się bluzą. Dawniej gdy było jej zimno, Leo przytulał ją mocno i szeptał do ucha jak bardzo ją kocha. Teraz nie było nikogo, kto mógłby ją choć przytulić. Spojrzała na czerniejące mrokiem niebo i obiecała sobie, że zrobi wszystko by spotkać Leo, szybciej niż pozwoliłby na to upływający czas. Bo co innego jej zostało? 
Drgnęła czując nagle czyjąś obecność. Nie miała ochoty na żadne towarzystwo. Jeśli nie mogła mieć Leo, nie chciała nikogo innego. A mimo to miała wrażenie, że stale ktoś przy niej jest, choć uważała, że tego nie potrzebuje. Czy obecność innej osoby może ukoić ból po stracie drugiej? Chyba, nie. A nawet jeśli, to nie była w stanie sobie tego wyobrazić. Nie umiałaby już kochać drugiej osoby tak jak Leo i patrzeć z taką w miłością w oczach na drugą osobę. Byłoby to zbyt trudne. 
Wiedziała, że powinna choć spojrzeć kto przyszedł. Być wdzięczną za okazane wsparcie i pomoc. I nawet była, ale zwyczajnie nie potrafiła tego okazać. Teraz prościej było chować swoje emocje i uczucia, gdzieś na dnie, aby nie przypominały o tym co się wydarzyło. Łatwiej było być obojętnym na wszystko dookoła. Gdy zachowywała właśnie obojętność, miała wrażenie, że łatwiej jest jej przetrwać dzień, a potem zasnąć, by minęła także noc. Noc podczas, której budziła się po kilka razy, po zawsze tym samym koszmarze - śmierć Leo. 
Nie zamierzała nic mówić, by nie zaczynać dla niej nie potrzebnej rozmowy. Miała nadzieję, że ta druga osoba w końcu odejdzie i zostawi ją w samotności. 
Dotyk czyjąś dłoni na ramieniu sprawił, że mimowolnie zadrżała. Od śmierci Leo, odseparowała się od wszystkich najdalej jak to tylko możliwe. Uciekała od ludzi, ich bliskości, dotyku. Ostatni raz dotykał ją Leo, trzymał wtedy jej dłoń w swych ciepłych palcach. Po jego śmierci nikomu już na to nie pozwoliła. 
- Wiem, że to boli, Charlie - głos Rosalie podbity lekko chłodnym tonem wkradł się do jej uszu - Wiem jak boli strata, ale trzeba dalej żyć. 
- Co takiego musiałaś stracić, że możesz to porównywać do mojego bólu? - zapytała ostrym tonem Charlie. Nawet nie spojrzała na blondynkę, ale nie zależnie kto by nie przyszedł, nigdy i o żadnej porze nie miała ochoty na rozmowę. 
- Nigdy nie będę mieć dzieci - słyszała jak głos dziewczyny zadrżał, ale jakoś nie zaczęła jej przez to współczuć. 
- Masz Emmeta, więc jednak nie rozumiesz! - miała wrażenie, że prawie krzyczy, pierwszy raz od wielu miesięcy. Gardło bolało, ale krzyk pozwalał ukoić ból - Bo ja już nigdy nie będę kochać drugiej osoby tak jak kochałam Leo, a tym bardziej nie będę mieć dzieci!
Wstała z ławki stojącej na werandzie i zbiegła po schodkach. Choć było ciemno ruszyła, przed siebie. Nie zamierzyła się zatrzymać. Nie chciała tu zostać, chciała uciec i to jak najprędzej. Już miała wejść między drzewa i skryć się w ich cieniu, gdy drogę zastawiła jej Rose. 
- Jest już późno - zaczęła ugodowo - Nie powinnaś nigdzie chodzić sama. Jeśli chcesz możemy pójść razem. 
Nie mogła powiedzieć, że jest na nią zła. Była zła za to, że stale ktoś chciał rozmawiać o tym co się wydarzyło. Nie mogła tego znieść. Chciała pamiętać Leo, ale nie była gotowa, żeby o nim rozmawiać. 
Nie patrząc na dziewczynę, zawróciła na pięcie i wbiegła na werandę. Weszła do środka i ruszyła na piętro, by iść do swojego pokoju. Tym razem przeszkodził jej sam Edward. Prychnęła na jego widok i próbowała go ominąć. Nie udało się. 
- Musimy porozmawiać - jego głos był nawet całkiem przyjemny dla uszu, ale jak dla niej niezależnie od wszystkich okoliczności, jakie ostatnio miały miejsce w jej życiu, był za blady. 
- Nie za dużo was przypadkiem? - spytała sarkastycznie - Nie mam ochoty i nie mamy o czym rozmawiać. 
Wyminęła go tym razem skutecznie i weszła do pokoju trzaskając drzwiami. Miała dość, czy choć przez chwilę nie mogła mieć spokoju? Dlaczego musieli jej tak pilnować i stale się o nią martwić? Jeśli myśleli, że tego potrzebuje, byli w błędzie. Jedyne czego chciała to Leo, ale jego już nikt nie mógł jej dać. 
~~~~
Westchnął zrezygnowany i spojrzał na wchodzącą do domu Rosalie. 
- Możesz mi wytłumaczyć, co jej takiego powiedziałaś, że jest tak rozjuszona? - zapytał zły. Przyrodnia siostra patrzyła na niego z lekką wyższością jak to zwykle miała w zwyczaju. 
- Powiedziałam tylko, że rozumiem co czuje. To wszystko - w jej głosie był wyraźny chłód, który znikał tylko w obecności Emmeta.  
- Muszę jej powiedzieć coś ważnego! - prawie warczał ze złości na innych - Miałaś tylko przekazać, że jej szukałem. 
Wyminęła go zgrabnie i weszła do salonu, gdzie była reszta rodziny. 
- Choć raz mogłabyś zrobić coś jak należy, Rosalie - dodał wciąż zły. Spojrzała na niego ostrym wzrokiem, ale się tym nie przejął. 
- Po co w ogóle ta bezsensowna kłótnia? - zapytał doktor - Chciałeś chyba powiedzieć coś Charlie. 
- Owszem, ale Rose ją zdenerwowała - rzekł cicho rudowłosy chłopak. 
- Domyślam się co powiedziała twoja siostra, ale to jeszcze nie powód do kłótni - oznajmił doktor. 
Przytaknął przyrodniemu ojcu i spojrzał w okno. Po minie Jaspera, widział, że nastrój Charlie jest jeszcze bardziej rozchwiany niż zwykle. Mimowolnie wkradł się do jej myśli, ale były tak chaotyczne, że nie mógł się w nich odnaleźć. 
~~~~
Siedząc w samotności powoli się uspokoiła. Było już o wiele lepiej, nawet nie płakała tak bardzo jak wcześniej. Złość powoli z niej uszła jak z przekłutego balonu i zrozumiała, że może nawet niepotrzebnie się uniosła. Jednak dalej uważała, że porównanie Rosalie nie było trafione. Owszem, każdy czegoś w życiu nie ma, ale ona jest stratna podwójnie. I to zawsze będzie ten inny ból, którego przyrodnia siostra Edwarda nigdy nie poczuje. 
Cicho tak by nikt nie usłyszał, wyszła z pokoju na korytarz. Prawie się skradając jak złodziej weszła do kuchni. Wyjęła szklankę i nalał sobie wody. Pijąc patrzyła w okno za, którym panowała jedynie ciemność. Gdyby był tu teraz Leo... Mogłaby znów być taka szczęśliwa. Poszliby na plażę, jak dawniej i spacerowali, albo położyli się na piasku i patrzyli w gwiazdy. Ale to było kiedyś i już nie wróci. 
Nagle poczuła czyjeś dłonie na swojej talii. Przez chwilę pomyślała, że to może jednak Leo, że wreszcie skończył się koszmar, który śniła od tak dawna i wróciła upragniona rzeczywistość. Ale tych dłoni nie znała, były jakieś obce, a dotyk chłodny, a nie ciepły jak powinien. Odwróciła się gwałtownie i zamarła widząc znajomą twarz. Blada skóra i kasztanowo-rude włosy były wyraźnie widoczne w ciemnej kuchni. Pełen satysfakcji i zadowolenia uśmiech pojawił się na jego ustach. Nie wiedziała czego chciał i nie chciała wiedzieć, dla niej było to bez znaczenia. 
- Chyba powinieneś wracać do Isabelli - powiedziała chłodno. Próbowała się oswobodzić z jego silnych rąk, ale ani drgnęły tak jakby były wyrzeźbione z kamienia. 
- Jest coś co musisz wiedzieć - patrzył jej głęboko w oczy, miała wrażenie, że w ogóle nie słyszał jej słów. Kciukiem musnął jej usta, ale odsunęła głowę. W jego oczach błysnął cień żalu - Kocham twoją siostrę, ale... także ciebie. 
Zdawało się jej, że usłyszała jeden ciąg słów. Próbowała je rozdzielić, a potem ułożyć w odpowiedniej kolejności, ale nie umiała. Patrzyła w jego twarz, lecz nie wiedziała już co w zasadzie chciał jej powiedzieć. Przeżywała jakiś dziwny szok, którego nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć. 
- Możesz powtórzyć? - głos lekko jej drżał, ale nie była w stanie być bardziej opanowana. 
- Kocham cię. I twoją siostrę także. 
- To jakiś żart, tak? - wybuchła niespodziewanie. Miała w sobie jakąś niezrozumiałą niechęć, a nawet nienawiść do siostry, to prawda. Ale obcy ludzie nie mieli prawa bawić się jej uczuciami. Przecież Bella jest w nim tak zakochana, wpatrzona jak w obrazek! 
- Twoja siostra już wie - wyznał bardzo szybko, jakby bał się, że nie pozwoli mu mówić lub ucieknie - Moje uczucie do ciebie, jej nie przeszkadza. Zresztą niczego od ciebie nie oczekuję. Po prostu... chciałem, żebyś wiedziała o moich uczuciach. 
- I bardzo dobrze, że na nic nie liczysz! - zdążyła się już otrząsnąć z pierwszego szoku i na nowo wybuchnęła z jeszcze większa złością - Bo niczego też byś nie dostał! To, że osoba, której składałam przed Bogiem przysięgę nie żyje, nie znaczy jeszcze, że przestałam ją kochać! I nigdy więcej mnie nie dotykaj! 
~~~~
Cóż, pisanie tego odcinka zabrało mi trochę czasu. Wena raz była, raz nie, a w dodatku nie zawsze umiałam ubrać to w słowa, które by mi się podobały. Ile odcinków, jeszcze nie wiem. Nie mam pojęcia, jakie pomysły będę mieć, więc wszystko zależy właśnie od tego. 
Jest jedna sprawa organizacyjna. Otóż postanowiłam zmienić nick, chyba już czwarty raz... ;) Tak, więc od teraz przedstawiam się jako Larista. 
I jeszcze jedno. Pamiętam na pewno, że jedna osoba czeka aż w końcu spełnię moją obietnicę, i właśnie teraz uznałam, że czas najwyższy dotrzymać słowa. 
Zaczynam publikować Włoskie szaleństwo.
Dlatego jeśli ktoś ma ochotę poczytać coś na zasadzie tzw. harlequina z serii Światowe życie, to serdecznie zapraszam. 
Dla tych, którzy nie wiedzą co to jest, to po prostu romans, rozgrywający się w świecie bogatych i elitarnych ludzi. 
Raz jeszcze serdecznie zapraszam do czytania nowego opowiadania i do następnego :)

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 11

Po raz kolejny nie mogłam uwierzyć co odkryłam stojąc pomiędzy tymi głupimi drzwiami łazienki i gabinetu. Smutna i żałosna prawda co raz bardziej sączyła się do mojej głowy jak nierealny film science fiction. Prawda, której przez ostatnie dwa lata nie chciałam lub nie umiałam zobaczyć. Ale to była moja wina. Gdybym była uważniejsza, bardziej spostrzegawcza, może umiałabym zapobiec nieszczęściu. A tak po cichu, choć nie byłam tego świadoma pozwoliłam na coś mnie samą zabijało już od kilku miesięcy. 
Prawda była taka, że ojciec nigdy specjalnie nie lubił Leo, co najwyżej go tolerował. Ale ja byłam uparta, miałam swoje zdanie i uważałam, że mam prawo szczególnie po osiemnastych urodzinach spotykać się z kim chcę. Natomiast Leo z tym wiecznie optymistycznym nastawieniem do ludzi i świata, pomimo niechęci mojego ojca, ufał mu jak rodzonemu ojcu, którego tak naprawdę nigdy nie miał. A ja nic nie zrobiłam. Nic. Czułam jak narasta we mnie złość za krzywdę wyrządzoną ukochanej osobie. Mimowolnie zacisnęłam pięści. Nie wiedziałam co mną kieruje, ale w tamtej chwili chciałam rozszarpać własnego ojca. Szybko weszłam do środka. Twarze obydwu mężczyzn zwróciły się w moją stronę. 
- Córeczko... - Frank Lorrens wstał i wyciągnął do mnie rękę. Ale nie umiałam już na niego patrzeć jak na mojego ojca. 
- Słyszałam całą rozmowę - powiedziałam głośno i ze złością. Zbladł na twarzy, jak człowiek, który stracił wszystko i wie, że już tego nie odzyska - To ty zabiłeś Leo! 
Opuścił rękę. Miałam wrażenie, że paląca nienawiść zatruła nie tylko  mój umysł, ale także duszę i ciało.
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam zaciskając jeszcze mocniej pięści - Słyszysz? Nienawidzę. 
Chciałam się obrócić i wyjść stamtąd. Nie chciałam na niego patrzeć. Ale nie mogłam się ruszyć. nogi jakby wrosły mi w ziemię. 
- Chciałem tylko twojego dobra... - prychnęłam. Nie w taki sposób dba się o dobro swoich dzieci. Ale on widocznie tego nie rozumiał. 
- Potrafię zadbać o siebie. I mamy całkowicie odmienne pojęcie dobra i zła! - myślałam, że oszaleje ze złości. Czułam się jak zranione zwierzę. Teraz pragnęłam znaleźć się sama w ciszy i spokoju, by lizać swoje rany, a potem umrzeć. 
- Co się dzieje? - głos Belli dobiegł mnie gdzieś z boku, więc na nią spojrzałam. Patrzyła na mnie z oczekiwaniem. 
- Chcesz wiedzieć co się dzieje?! - wybuchłam - Twój dobry, szlachetny ojciec zabił człowieka. Widziałam malujący się szok na jej bladej twarzy. Pod tym względem niewątpliwie do siebie z Edwardem pasowali. 
- Jestem także twoim ojcem, Charlie - zabolało bardzo mocno. Nie chciałam być córką człowieka, który świadomie i z premedytacją odebrał ludzkie życie. 
- Ja już nie mam ojca - powiedziałam zimno - Nie dziwię się, że mama wolała odejść niż walczyć by żyć. Nikt nie chciałby żyć z takim potworem jak ty! 
Oburzony wzrok Isabelli w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia. Skoro potrafiła go zrozumieć, wybaczyć mu, albo i nawet kochać, jej sprawa. Ale ja tak nie umiem. 
- Nie działaj pochopnie, Charlie - męski głos osoby stojącej za mną, dobiegł moich uszu. Zignorowałam go. 
- Mam nadzieję, że będziesz smażył się w piekle - wzburzona Bella z wysoko uniesioną głową wymaszerowała z pokoju. Ona wybaczyła. Ja nie zrobię tego nigdy. 
- Frank, przykro mi, ale w tej sytuacji muszę zadzwonić na policję - po czym doktor zniknął na korytarzu. 
Trzy godziny później nie było już śladu po jakimkolwiek mordercy. Przez cały ten czas siedziałam na kanapie w salonie Cullenów, w otoczeniu całej rodziny gospodarzy i wpatrywałam się tępo w jeden punkt. Jeśli do tej pory miałam jeszcze po co żyć, to kilka godzin temu to się skończyło.
Był już taki moment w moim życiu, gdy wydawało mi się, że gdzieś w tej rozpaczy i smutku w, których się pogrążyłam widzę jasne światełko, na tyle wyraźnie by pójść za nim i się pozbierać. Ale wtedy gdy poczułam przypływ nadziei, nowa fala rozpaczy wbiła mnie jeszcze głębiej i z większą siłą między palący wnętrzności ból i ogromny smutek. Czułam, że jestem od tego wszystkiego zbyt obolała i już się nie podniosę. Nie dam rady. Nikt nie mógł mi już pomóc, bo za dużo się wydarzyło. Jeszcze funkcjonowałam, ale teraz pragnęłam tylko umrzeć. 
~~~~
Coraz częściej czuł się winny tego co się wydarzyło, przecież mógł się poświęcić i w jakiś cudowny sposób uratować życie tego chłopaka. Ale nie uratował, nawet nie podjął takiej próby. A teraz patrzył jak Charlie bezsilnie walczy z tęsknotą i bólem. Jednak z drugiej strony nie było już człowieka w, którego była wpatrzona jak w obraz. Jest za to Bella i jej siostra. Ich krew już nie była dla niego tak wyczuwalna jak dawniej. Teraz było coś silniejszego, ich obecność. 
Jeszcze nie było takiego przypadku w historii ich rasy, aby wampir czy wampirzyca czuli jednocześnie pociąg do dwóch osobników swojej lub ludzkiej rasy. Prędzej czy później zakochiwali się i była to miłość wieczna. Sam stanowił jednak wyjątek, którego nikt nie rozumiał. Może to była jakaś próba, musi wybrać żeby przekonać się jak silna jest miłość?
W takiej sytuacji wybór wydałby się oczywisty mając na uwadze zachowanie Charlie. Nie umiał jednak wybrać. Miał wrażenie, że nie mógłby znieść, gdyby tylko jedna z nich wiedziała co czuje. Bella wiedziała, sądziła nawet, że w równym stopniu odwzajemnia jej uczucia. To nie była prawda. Kochał je obie. Czuł się odpowiedzialny za Bellę, ale chciał się też tak czuć w stosunku do Charlie. Nie było wyjścia, musi im powiedzieć o swoich uczuciach.
~~~~
To oczywiste, że nie była w stanie zrozumieć postępowania ojca, ale pomimo tego co zrobił, wciąż kochała go bezgranicznie i nie mogłaby go odtrącić. Zachowanie Charlie ją oburzyło, niezależnie od tego co się stało, ojciec je wychował i kochał. A jej niespełna rozumu siostra  nie chciała go znać.
Cieszyła się jednak, że ma Edwarda. Nigdy nie czuła się lepsza od Charlie. Miała co prawda sporo znajomych i wszyscy ją lubili, ale to jej siostra zawsze była tą bardziej atrakcyjną i inteligentną. Dlatego wciąż nie mogła uwierzyć, dlaczego to ją wybrał Edward, a nie Charlie. Nie zamierzała jednak tego zmieniać, szczęście się do niej uśmiechnęło, więc zamierzała je przy sobie zatrzymać za wszelką cenę.
Te zaborcze rozmyślania przerwało jej taktowne pukanie do drzwi. Z pewnością nie przyszła do niej siostra, która po ostatnim wydarzeniu na nowo zaczęła do niej żywić szczególną urazę. Miała więc nadzieję, że to Edward. Nie pomyliła się, widząc jednak jego poważną minę i chmurne spojrzenie wystraszyła się. Czyżby się już nią znudził? Tak, szybko? Nie zdążyła jeszcze pomyśleć o tym jak się będzie wtedy czuła. W ogóle nie zdążyła o tym pomyśleć. Nie miała nawet żadnego planu walki, by go nie stracić. Na samą myśl o tym poczuła w oczach słone łzy i jednocześnie usłyszała: 
- Musimy porozmawiać.  
~~~~
Wiedział, że to będzie trudna i bolesna rozmowa. Ale musiał jej w końcu powiedzieć, nawet to kim jest, a także o swoich uczuciach. Był prawie pewny, że Bella go nie zrozumie. Możliwe, że kwestie jego egzystencji, owszem ale nie uczuć. Jak miał jej wytłumaczyć, że kocha jednocześnie drugą dziewczynę. On na jej miejscu nie chciałby się dzielić, nawet najmniejszą cząstką uczuć. Był świadomy faktu, że odkładanie rozmowy w niczym nie pomoże, więc cały czas próbując uporządkować swoje uczucia, poszedł do pokoju Belli. Zapukał cicho i otworzył. Jak zawsze gdy go widziała, na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Zaprosiła go do środka, lecz już po chwili w wyrazie jej twarzy coś się zmieniło. Musiała wyczuć jego nastrój, bo uśmiech znikł z jej ust tak szybko jak się pojawił. Usiadł powoli i patrząc jej prosto w oczy przemówił. Spięła się jeszcze bardziej jakby wyczuła w powietrzu nadchodzącą katastrofę i zacisnęła dłonie w pięści. 
- Muszę ci coś wyznać - powiedział z trudem - Wiem, że to może być dla ciebie trudne, ale chciałbym żebyś mnie najpierw wysłuchała. 
- Chcesz mnie zostawić, tak? - jej ciałem targnął szloch, a po twarzy spłynęły przezroczyste łzy. Przez chwilę odniósł wrażenie, że chcę wzbudzić jego litość. 
- Nie, chodzi o coś innego. Chodzi o mnie... - spuścił głowę, unikając jej wzroku. Tak chyba było łatwiej. Otworzył usta, by mówić dalej, ale nie umiał. Odetchnął kilka razy. Nie sądził, że będzie aż tak ciężko. - Chodzi o to, że jestem... jestem wampirem. 
- Przecież wampiry nie istnieją...
- Mylisz się. Jestem jednym z nich. 
- Ale one zabijają, wysysają krew... 
- To prawda. Ale ja nie pije krwi ludzi. Lecz zwierząt, dlatego mam brązowe oczy, jak reszta rodziny. 
- To oni o wszystkim wiedzą?
- Tak. - widząc coraz większą panikę w jej oczach, złapał ją za ramiona. Próbowała się wyrwać. - Nie zrobię ci krzywdy. Kocham cię... 
Na dźwięk jego słów zamarła, jakby stała się posągiem. Chyba nie wierzyła w to co usłyszała, więc powtórzył: 
- Kocham cię, Bello. 
Wyraźnie się rozluźniła, choć była jeszcze nie pewna. 
- Ja też cię kocham, Edwardzie. - ponownie się uśmiechnęła, a on odniósł wrażenie, jakby ktoś lał miód na jego od lat nie bijące serce. - Ale w takim razie ile masz lat?
- Ponad sto. Gdy miałem osiemnaście, zostałem przemieniony. 
- Dlaczego? 
- Chorowałem na hiszpankę, a Carlisle był wtedy lekarzem w szpitalu do, którego trafiłem. Uratował mnie, moja matka go o to poprosiła. 
- Rozumiem. 
- Bello wiedz, że dla mnie to niczego nie zmienia. Ale jeśli ty... 
- Nie, dla mnie też nie. 
- W takim razie musisz wiedzieć o czymś jeszcze - westchnął z trudem zastanawiając się jak dobrze ułożyć słowa. - Nie tylko ciebie kocham. 
Z jej twarzy nie od razu zniknął uśmiech, tak jakby jeszcze nie zrozumiała co powiedział. Powoli na jej twarzy pojawił grymas smutku, żalu i jakby złości. 
- Nie rozumiem... 
- Kocham cię bardzo mocno i chcę z tobą być, ale to samo czuję również do Charlie...
 ~~~~
Mhh.. nie wiem dlaczego, ale dziwnie się czuję publikując ten odcinek. Następny pojawi się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dopiero zaczęłam pisać 12 i nie wiem kiedy skończę. Trochę zwaliło mi się rzeczy na głowę i czasem mam wrażenie, że lada chwila i nie ogarnę. Cóż nie zanudzam więcej i mam nadzieję, że było ciekawie :) Do następnego!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział 10

Hmm.., myślę że tym razem dzieje się naprawdę sporo, więc szczerze liczę, że będzie się podobało :]
Zapraszam do czytania!
~~~~

Obserwowałam w większości obcych mi, siedzących ze mną przy stole ludzi z dużym przymrużeniem oka. Choć jeśli biorąc pod uwagę moje podejrzenia, których byłam całkowicie pewna, to nie mogłam nazwać ich ludźmi, bo nimi nie byli. Ale dopiero teraz gdy na nich patrzyłam moje przypuszczenia układały się w logiczną i przejrzystą całość. Kiedyś sądziłam, że to tylko stare legendy dziadka mające straszyć. Dziś wiem, że bardzo się pomyliłam. Teraz było mi wstyd, że byłam w stanie nieświadomie posądzić bliską mi osobę o kłamstwo. Niespodziewanie zostałam w brutalny sposób wyrwana ze swoich myśli. To Edward po raz kolejny obserwował mnie badawczo, jakby chciał wiedzieć co krąży mi po głowie. Powinien raczej wpatrywać się w Belle równie maślanym wzrokiem, co ona w niego. Jednak coraz częściej miałam wrażenie, że ten ich z jednej strony udawany związek ma z każdą chwilą mniejsze szanse na przetrwanie. Nie umiałam zrozumieć jego zachowania. Dlaczego nie odwzajemniał w równym stopniu okazywanych mu uczuć?
Nie mogłam już naprawić mojego braku wiary w słowa dziadka, ale jedyne co mi pozostało to uwierzyć w to co odkryłam. Nie wiedziałam czy chcę aby ktoś się dowiedział, wystarczyło że mnie samą ta myśl napełniała pewną dawką strachu. Spojrzałam na siedzącą obok mnie Belle, wpatrywała się w Edwarda jak w święty obrazek. Siedzący po drugiej stronie stołu ojciec miał rozbiegane spojrzenie. Zerkał to na członków rodziny doktora Carslisle'a, to na niego samego. Z kolei sam doktor sprawiał wrażenie zajętego wciąganiem nas do rozmowy, ale widziałam jak dyskretnie obserwuje mojego ojca, podobnie jak pozostali. O co chodziło u diabła?!
~~~~
Wydawałoby się, że skoro ojciec Charlie i Belli jest stróżem prawa, to nie może popełniać błędów od, których zależałby los innych ludzi. Należy jednak zadać sobie pytanie gdzie jest granica, której nigdy nie wolno przekroczyć, podejmując decyzje o cudzym losie.
Frank Lorrens po raz kolejny spojrzał nerwowo na doktora Cullena. Uważał go i jego rodzinę za dobrych ludzi, ale zdecydowanie zbyt spostrzegawczych, aby zaprzyjaźnić się z nimi na dłużej. Nie mógł przecież pozwolić, aby jego mroczny sekret ujrzał światło dzienne. W tej sytuacji jedynym wyjściem była rozmowa, aby ostrożnie wybadać co wiedzą. A wiedzieć coś musieli, bo patrzyli na niego jak na łup do podziału. Najpierw jednak musiał znaleźć sensowny pretekst do rozmowy na osobności nie wzbudzając żadnych podejrzeń. 
- Frank, wróćmy do rozmowy ze szpitala - głos Carlisle'a ubiegł go dosłownie o sekundę - Przepraszam, ale musimy to omówić na osobności. 
- Zgadza się - potwierdził policjant. Ale mimo to doskonale wiedział, że to tylko wymówka, której sam tak rozpaczliwie szukał. 
Szybko przeszli do wygodnie urządzonego gabinetu na parterze domu i usiedli naprzeciwko siebie. 
- Wczoraj przyjęliśmy na oddział kobietę z całkowitą amnezją i nic o niej nie wiemy - blondyn o gładko zaczesanych włosach i chorobliwie bladej twarzy, nawet na chwilę nie odwrócił oczu od twarzy siedzącego przed nim człowieka. Zastanawiał się, ile prawdy może być w tym czego się dowiedział i co będzie dalej. Nie mógł jednak pozwolić by taka sprawa przeszła bez echa z powodu czyiś chorych lęków. 
- Proszę przestać, doktorze - przerwał oficjalnym tonem Frank Lorrens - Obaj dobrze wiemy, że to tylko pretekst do rozmowy. 
- Dobrze. Powiem, wprost: co z zabójstwem Leo Varony? Sprawcy wciąż nie ma, śledztwo od dawna jest już umorzone - nuta oburzenia w głosie doktora była bardzo wyraźna. 
- Nie ma żadnych tropów i dowodów. Staliśmy w miejscu - obojętna postawa bruneta dodatkowo spotęgowała złość doktora Carlisle'a - Musiałem czasowo zawiesić śledztwo. 
- Mam inne informacje - błysk złości, a jednocześnie przerażenia przemknął przez twarz policjanta. Szybko się opanował, zdążył popełnić jednak jeden rażący błąd, szczególnie dla tak spostrzegawczych oczu doktora. Okazał emocje.
- Doktorze, pan nie zadaje pytań. Pan leczy ludzi! - warknął szorstko Fran Lorrens. 
- Właśnie, żeby ich leczyć muszę pytać. I jestem lekarzem, a pan stróżem prawa - chłodny ton głosu doktora mroził krew w żyłach - Ale jeśli istnieje ryzyko, że ktoś zaniedbuje swoje obowiązki, to każdy uczciwy obywatel ma obowiązek zyskać pewność, że śmierć była dziełem przypadku, a więc woli Boga, a nie specjalnie zamierzonego czynu.
- Co pan sugeruje doktorze?! - policjant gwałtownie poderwał się krzesła, prawie krzycząc. 
- Tylko tyle, że zna pan mordercę. 
~~~~
Zostając sama w towarzystwie trzech zakochanych par i jednej kobiety, której mąż miał zapewne lada chwila wrócić z moim ojcem, poczułam się dość nieswojo. Do niedawna przecież też byłam szczęśliwie zakochana, a jednak nie dane było mi korzystać z tego dłużej. I mimo to wciąż rozpaczliwie tęskniłam, za kimś kogo już nigdy miałam nie mieć. Życie potrafi być okrutne, ale trzeba się z tym pogodzić. Jednak o kwestii co dalej, nie byłam nawet w stanie myśleć. I w tym wszystkim nikt nie rozumie tego co ja czuję, nikt nie wie, że nie potrafię sobie z tym poradzić. Wiedziałam, że powinnam żyć dalej, ale nie umiałam sobie wyobrazić swojego życia za kilka czy kilkanaście lat z drugą osobą. No bo jak? Byłam przekonana, że całe życie spędzę z Leo. 
Siedząca z mojej drugiej strony Esme, żona doktora, dyskretnie mnie obserwowała jakby bała się, że lada chwila się rozpłaczę. Czułam się speszona czułością i współczuciem jakie widziałam w jej oczach. Nie potrzebowałam tego, ale też nie gardziłam tym. Ludzie mają szczere i dobre chęci, ale to wcale nie pomaga, nie przynosi żadnej ulgi. W każdym razie nie takiej jakiej bym potrzebowała. Z trudem powstrzymywałam coraz większą chęć ucieczki od stołu, nie mogąc znaleźć żadnego powodu dla, którego miałabym to zrobić. Wewnętrzna walka ze sobą sprawiała, że chciałam krzyczeć z bezsilności. Towarzystwo obcych mi ludzi, pogłębiało mój smutek, czułam się jak w klatce. Powodowana impulsem nachyliłam się w stronę żony doktora i spytałam o łazienkę. Chwilę później dziękują grzecznie za pomoc, uciekłam tak szybko jak tylko byłam w stanie, jednocześnie starając się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Łazienka znajdowała się na tym samym poziomie, ale trzeba było wyjść z jadalni na korytarz  i przejść obok schodów za, którymi było dwoje drzwi. Pierwsze prowadziły do poszukiwanej przeze mnie łazienki, a drugie do... gabinetu doktora Cullena. Drzwi do obydwu pomieszczeń były z grubego , ciemnobrązowego drewna z pozłacaną klamką. Jednak te do gabinetu pozostały uchylone i to na tyle szeroko, że mogłam dostrzec wnętrze pokoju. Naciskałam już klamkę drzwi do łazienki, gdy usłyszałam znajomy głos mówiący chłodnym tonem: 
- Nie ma żadnych tropów i dowodów. Staliśmy w miejscu - moja dłoń zawisła w drodze do klamki, a ja z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych słów. Gdzieś podświadomie czułam, że to wcale nie jest 'ta rozmowa' z powodu, której odeszli od stołu - Musiałem czasowo zawiesić śledztwo. 
- Mam inne informacje - słowa doktora zaskoczyły mnie. Przecież to tata jest policjantem. 
- Doktorze, pan nie zadaje pytań. Pan leczy ludzi! - oburzenie w głosie ojca było doskonale słyszalne, jednak nie miał do końca racji. 
- Właśnie, żeby ich leczyć muszę pytać. I jestem lekarzem, a pan stróżem prawa. Ale jeśli istnieje ryzyko, że ktoś zaniedbuje swoje obowiązki, to każdy uczciwy obywatel ma obowiązek zyskać pewność, że śmierć była dziełem przypadku, a więc woli Boga, a nie specjalnie zamierzonego czynu.
- Co pan sugeruje doktorze?!
- Tylko tyle, że zna pan mordercę. 
Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach na tak dosadne słowa doktora Cullena. Słuchałam tej rozmowy osłupiała, próbując złożyć ją od nowa w jedną sensowną całość. Mimowolnie też pomyślałam o sprawie śmierci Leo. Czy to możliwe by rozmawiali właśnie o nim? Od jego śmierci nie słyszałam o żadnym innym morderstwie, albo choć jego próbie, a tata prowadził sprawy wyłącznie dotyczące Forks.
- Doktorze pana bezczelność nie zna granic! - zimny głos ojca, którego nie miałam okazji to dej pory słyszeć w taki sposób i pełen złości ton wyrwały mnie z zamyślenia. 
- W takim razie niech pan udowodni, że jest inaczej szeryfie - nie wiedziałam czy powinnam się na to oburzyć czy czekać na odpowiedź ojca, która w zasadzie powinna być natychmiastowa. Ale zapadła długa i pełna milczącego napięcia cisza. Stałam tam pod tą łazienką i drżałam w obawie o to co mogę usłyszeć. Jedyne o czym mogłam myśleć to słowa doktora, bezlitosny rozkaz. Mięśnie miałam tak napięte do granic możliwości, że niedorzecznością wydawało mi się, żeby zrobić teraz choć jeden krok. Minuty mijały powoli w nieznośnym oczekiwaniu na to co dalej, lecz ojciec wciąż się nie odzywał. Ale czekałam, bo wierzyłam, że niezależnie od tego o co chodziło, kierował się dobrem sprawy. 
- Ma pan rację - drgnęłam wystraszona na tak długo wyczekiwany, jakikolwiek dźwięk. Przypomniało mi się, że przecież nikt mnie tu nie zapraszał, więc jeszcze przez chwilę pozostanę niezauważona, chyba że sama zdecyduję inaczej. 
- Znam sprawców morderstwa , ale lepiej żeby to zostało między nami - W co on się wpakował?! Był policjantem, powinien zamknąć takich ludzi! 
- No to dlaczego ich nie aresztowano? - nie mieściło mi się w głowie, by ludzie, którzy odebrali ludzkie życie mogli normalnie chodzić po ulicy. 
- Już mówiłem, że nie ma dowodów. Poza tym zostali wynajęci - oparłam się o ścianę. O Boże. Nie. To nie może być prawda. Morderstwo na Leo było pierwszym jakie zdarzyło się w Forks, w każdym razie pierwszym za te osiemnaście lat mojego życia. I żadnego innego. A to oznaczało, że rozmawiali jednak o Leo. A do mnie powoli docierała czarna i przerażająca prawda. 

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział 9

Taki mały prezent z okazji Św. Mikołaja. Istnieje czy nie, ja Go lubię :D
~~~~
Złośliwe usposobienie Charlie potrafiło dać o sobie znać nawet w najbardziej smutnym i samotnym momencie jej życia. Z czego to wynikało nie wiedziała i ona sama, ale tym razem była niezmiernie zadowolona z okazji jaka się pojawiła i jej skutecznego wykorzystania. I bynajmniej nie była zazdrosna o to co zobaczyła. O nie! To była po prostu jej mała wendeta za wydarzenie z przeszłości. Za ten żałosny incydent w wykonaniu Belli, mający na celu skłócić ją z Leo. Teraz jednak się już zemściła, więc mogła odpuścić. Zresztą w zupełności wystarczył jej wyraz twarzy siostry, gdy Edward się od niej odwrócił i to, że Bella ją rozpoznała. Może i takie wzajemne wbijanie noża nie było potrzebne, ale jej przyniosło tak potrzebną ulgę. Zastanawiający mógłby być tylko fakt, skąd wiedziała i jak wykorzystać swoją osobę wobec siostry. Wbrew pozorom jakie wszyscy o niej zachowali odkąd była związana z Leo, a szczególnie od jego śmierci doskonale wiedziała co się wokół niej dzieje. Po prostu potrafiła być dyskretna, ale umiała patrzeć na innych i analizować. 
O swoim ojcu zawsze myślała, że jest skrytym domatorem, nie lubił się nikomu zwierzać, a tym bardziej już spędzać czasu wolnego poza domem. Dlatego nie mało dziwił ją fakt, gdy po pracy zaczął wracać do domu później niż zwykle, a na wszelakie pytania o jego obecność po pracy wykręcał się słabymi wymówkami. Spore, więc przeżyła zaskoczenie, gdy okazało się, że jej ojciec zaprzyjaźnił się z Carlisle'm Cullenem. Nie mogła zrozumieć z jakiego powodu jej bliscy przeżywają taki zachwyt tą nieznaną rodziną. Czyżby coś było na rzeczy, coś o głębszym podłożu? Nie mogła tego stwierdzić na pewno, tym bardziej nie mając dowodów, ale nie ulegało wątpliwości, że wszyscy wyglądali dziwnie blado jakby byli chorzy, a jednocześnie zbyt idealnie i dostojnie jak na zwykłych ludzi. Nie wiedziała do czego to przypisać, ale widocznie coś w tym było, skoro tak przyciągało do nich okolicznych mieszkańców. 
~~~~
Dla Belli Lorrens od dziecka wszystko było warte pytania się i dociekania na wszelkie możliwe sposoby, nawet w sprawy obcych ludzi. Było to dla niej tak normalne jak jedzenie czy spanie, więc z czasem wszyscy się do tego przyzwyczaili, tłumacząc sobie to dziwne hobby u dziecka, za całkiem nieszkodliwe. Od kiedy jednak spotkała Edwarda, nie miała ochoty dociekać w jego osobiste sprawy. Oczywiście interesowało ją dlaczego wygląda tak, a nie inaczej i dziwna sprawa z kolorem jego oczu, ale czuła, że lepiej nie zadawać pytań, bo ich brak oznacza jej bezpieczeństwo, a także zaufanie do ukochanej osoby. I tym właśnie go darzyła. Bezgraniczną miłością i zaufaniem, nawet jeśli on nie czuł do niej tego samego. Ojciec powiedziałby, że powinna być bardziej ostrożna, że ludzie są teraz różni, ale tak się zaprzyjaźnił z ojcem Edwarda i nic nie mówił o żadnych wątpliwościach co do jej ukochanego, że czuła iż ona także nie powinna ich mieć. 
Z nagłym zdziwieniem odkryła, że siostra częściej z nią rozmawia i jest chętna do jakiejkolwiek pomocy. Wiedziała co to oznacza. Charlie zemściła się za to co się wydarzyło w przeszłości, a teraz mogła z czystym sumieniem traktować ją jak należy, na co wcześniej nie pozwalała jej duma. Może powinna się cieszyć z przemiany siostry, ale miała wrażenie, że nie jest to szczere zachowanie, że gdyby nie zemsta Charlie, to nigdy by już nie było tak jak kiedyś. 
~~~~
Zaproszenie od rodziny Edwarda na kolację było dla mnie nie małym zaskoczeniem. Jaki był cel za tym 'gestem'? Nie miałam nic przeciwko samemu zaproszeniu, ale wiedziałam, że nie wymigam się od pójścia do rodziny Cullen.  Czy nie miałam już dość spraw na głowie? Najwidoczniej wciąż zbyt mało, skoro Bella po raz kolejny chodziła z głową w chmurach. Wyraźnie widziałam co się z nią dzieje, była pod takim urokiem tajemniczego chłopaka, że cudem było jeszcze jej istnienie przy tej jakże uroczej niezdarności. Wiedziałam jednak, że to nie gra zupełnie w obie strony. Głupia nie byłam, naprawdę umiałam patrzeć. Widziałam te ukradkowe zerkanie Edwarda zarówno w moją jak i Belli stronę. I ten jego wygląd, którego do niczego nie można było przypisać. Nigdy nie miałam szpiegowskiej natury tak jak Bella, ale niektóre rzeczy były zbyt dziwne, aby można było je zostawić w ich zwykłym dla siebie porządku nieistotnych spraw. Poza tym aż za dobrze pamiętałam te stare legendy Quileutów, które opowiadał mi dziadek o tzw. zimnych ludziach. Jeśli to co mówił było prawdą i wampiry naprawdę istniały, choć potrafiły nie zabijać ludzi. To ciekawe czy Edward Cullen wie, że dwie dziewczyny na, które patrzy na zbyt często wywodzą się ze starego plemienia ich wrogów? 
Moja zmarła od ośmiu lat matka pochodziła od Indian z rezerwatu Quilleute i wbrew woli swego ojca zakochała się, a potem poślubiła chłopaka z miasteczka, mojego ojca. Dziadkowie w końcu wybaczyli jej nieposłuszeństwo, choćby ze względu na mnie i Belle. Ale dawny nie smak po rozczarowaniu wyborem ich córki, został im chyba już do śmierci. Nigdy nie miałam o to do nich żalu i zawsze się cieszyłam mogąc ich odwiedzić. Może to dlatego tak bardzo w pamięć wryły mi się legendy dziadka? Belli o dziwo, nie wiedzieć czemu nigdy to nie interesowało, co było nieco dziwne biorąc pod uwagę jej dociekliwość. Jednak moja siostra wbrew pozorom była nie mniej przewidywalna ode mnie i to chyba była jedyna rzecz, która nas łączyła od zawsze.
Poranek jak każdy poprzedni dzień mojego życia rozpoczął się smętną pogodą. Było pochmurno i jak zwykle zanosiło się na deszcz. Kolacja u Cullenów zbliżała się coraz większymi krokami, a ja miałam coraz większe obawy, aby tam iść. Czułam dziwny, wewnętrzny niepokój, tak jakby się miało coś wydarzyć, coś nieprzyjemnego. Nieznane dotąd uczucie nie napawało mnie zbyt optymistycznie i to nie tylko z samej swojej definicji. Przypomniało mi się coś jeszcze. Leo, tego dnia gdy zginął powinnam była czuć, że się coś wydarzy. A ja nie czułam nic, byłam obojętna. Byłam widocznie tak zakochana, że to przesłoniło mi cały świat. Może dlatego Leo już nie ma, żebym zobaczyła, że świat nie składa się tylko z miłości i szczęścia?
~~~~
Cullenowie mieszkali kilka kilometrów za Forks praktycznie w samym lesie. Od zjazdu z głównej drogi do samego domu był jeszcze z dobry kilometr. Dookoła same drzewa i cisza. Czysta niczym nie zakłócona cisza. Z rzadka usłyszałam jakiś ptasi śpiew. Drzewa zdawały się rosnąc tak gęsto, iż byłam przekonana, że miałabym problem ze znalezieniem głównej drogi gdybym musiała wracać na piechotę. A cały czas pamiętam legendy dziadka. Mieszkali tak daleko od miasteczka, bo chcieli się odizolować od ludzi i mieć swobodę, czy izolacja była potrzebna by zaciągać tu niczego nieświadome ofiary? Trochę wstydziłam się tego myślenia, w końcu Carlisle Cullen był lekarzem, ale nie mogłam się wyzbyć raz uczepionej myśli. Niespodziewanie poczułam na sobie czyjś wzrok. Mogłam się tylko domyślać kto to był, a nawet być pewną tożsamości osoby, gdyż twarz Belli stojącej niedaleko rozświetlił promienny uśmiech. Byłam ciekawa czy wciąż będzie taka zakochana, gdy się dowie kim tak naprawdę jest jej ukochany. Odwróciłam się przodem do okazałej werandy od, której można powiedzieć zaczynał dom. Edward Cullen patrzył na mnie badawczo jakby chciał przeczytać moje nawet najskrytsze myśli. No tak jeden ze szczegółów dawnych opowieści dziadka całkowicie umknął mej pamięci. Nowo narodzeni, bo tak nazywał osobników świeżo przemienionych w wampiry, często otrzymywali jakiś dar związany z ich poprzednim życiem. Widziałam nieraz jak obserwuje ludzi, jak przygląda się cudzym rozmowom. Może on naprawdę potrafi czytać w myślach? 
~~~~
Marzyłem o tym aby się tu pojawiła, ale nie widziałem nawet cienia szansy na to, że może jednak moje małe marzenie się spełni. Teraz mogłem powiedzieć, że jestem naprawdę szczęśliwy, bo była tu Bella, a także Charlie. A jednocześnie byłem rozdarty pomiędzy dwiema kobietami, bo wciąż nie umiałem żadnej z nich wybrać. 
Twarz Belli na mój widok zawsze rozjaśniał uśmiech, który był widoczny także w jej oczach. Natomiast Charlie jak zwykle zdawała się być na wszystko obojętna. Przyjrzałem się jej uważnie. Rozglądała się dookoła marszcząc brwi. Wzrok miała skupiony, analizowała. Spróbowałem się wedrzeć do jej myśli, lecz jedyne co tam zobaczyłem to sceny ze ślubu w kościele sprzed kilku miesięcy. Jak to robiła? Przecież wyraźnie myślała jeszcze o czymś innym. Czyżby zaczęła coś podejrzewać? Ale przecież nie mogła wiedzieć... Skąd? Ostatni raz w Forks mieszkaliśmy sto lat temu, więc to niemożliwe żeby... 
No dobra, w dzisiejszym świecie jest już internet i to zapewnia tak wszechstronny dostęp i przesył informacji, że można wszystko znaleźć i tyle samo się dowiedzieć. Jednak to nie wyjaśnia skąd wiedziałaby czego szukać. 
Oderwałem się od Belli, dziękując za moją bardzo podzielną uwagę i raz jeszcze spojrzałem na Charlie. Dziewczyna zdecydowanie coś wiedziała i była tego całkowicie świadoma. Mój niepokój wzrósł. Jak wiele mogła wiedzieć w tak krótkim czasie? 
~~~~
Gdybym umiała czytać w myślach tak jak Edward to powiedziałabym, że wiem już wszystko. Ale nie potrafię tego co on, a mimo to mówię to samo. Wiem wszystko - krzyczę niemal w myślach. Widziałam to spojrzenie gdy na mnie patrzył i te zaciśnięte usta w wąską kreskę wyrażające złość, tak jak oczy. Pod tą złością widziałam coś jeszcze, niepokój lub strach, że ja wiem. 
...
Mam nadzieję, że to już ostatni tak nudny odcinek, chyba że trafi się jeszcze epilog. W następnym myślę trochę się już wydarzy więc powinno być lepiej. 
Kolejny odcinek planuje wstawić w okolicach świąt. W końcu muszę być konsekwentna. Jak Mikołaj to i Święta. Swoją drogą do mnie w tym roku przyszedł już dwa razy i to z wyprzedzeniem. Pierwszy był mikołajkowy odcinek od fantastycznej dziewczyny nazywającej się Necco. Kocham erotykę w Twoim wydaniu i po proszę o jeszcze. Przynajmniej nie muszę czyścić historii przeglądania... :D 
No i wczoraj dowiedziałam się, że dostałam się na pewien projekt z urzędu pracy w ramach, którego będę mieć staż. Mówcie co chcecie, ale mnie urząd pomaga już drugi raz. Do następnego :) 

czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział 8

I kolejny odcinek. Kurczę jak czasem na to patrzę, mam wrażenie, że ustawicznie piszę masło maślane. No, ale czeka mnie mnie jeszcze, a raczej Was jeden nudny odcinek i w końcu będzie ciekawiej. Publikuję, bo chcę to już jak najszybciej skończyć. Nie sądziłam, że jak stworzę taką historię, będą przeważać przemyślenia bohaterów, a nie dialogi. A w tym drugim czuję się zdecydowanie lepiej. Zapraszam do czytania ;) 
~~~~
Jego serce nie biło już od wielu lat, a ludzki dotyk był dla niego prawie niewyczuwalny, a mimo to ostatnie wydarzenia w miasteczku poruszyły go tak bardzo, że nie był wstanie wyjechać, by uciec od tego czego tak bardzo pożądał jego pierwotny instynkt. Powoli godził się z tym co działo się w jego umyśle, ale i gdzieś głębiej. Gdzie decydował właśnie instynkt. Od dawna już nie wypił ani jednej kropli ludzkiej krwi, więc tym bardziej było dla niego niedorzeczne by po tylu latach zacząć pożądać krwi ludzi. Tłumił to wszystko w sobie, nikomu o tym nie mówiąc i w zasadzie tylko Jasper wiedział, jakie emocje odczuwa choć mógł się jedynie domyślać przyczyny. Czasem miał ochotę odpuścić i ulżyć sobie, rzucając się na obie ofiary i wypić ich krew. Lecz był jeszcze Carlisle, którego kiedyś już zawiódł i nie chciał robić tego ponownie. Dlatego tak często jak mógł wybierał się do lasu by polować, to było jedyne wyjście w obecnej sytuacji. Gdyby się nie pilnował ucierpiałyby nie tylko Bella i Charlie, ale mnóstwo innych osób, a na to nie mógł pozwolić. Bezradność jakiej doświadczał każdego dnia z powodu niemożności podjęcia innej decyzji niż tylko o polowaniu, powoli go dobijała. Czuł się tym coraz bardziej przytłoczony, ciągnęło go do dwóch kobiet, ale żadnej z nich także nie potrafił wybrać. Były sobie bliskie, a jednocześnie tak różne od siebie. W Charlie pociągała go jej spontaniczność i ciągła ochota do szaleństw. A Bella? Bella była zawsze taka spokojna i tolerancyjna. Intrygujące siostry coraz częściej gościły w jego myślach, a on nie wiedział co z tym zrobić. 
Nie musiał poświęcać czasu na sen, więc nocami mógł się zaczytywać w kolejne pozycje literatury z różnych epok w licznych językach lub słuchać szerokiego zbioru płyt, które posiadał. Ale żadna z tych rzeczy nie cieszyła go już tak jak dawniej. Wszystko z wolna straciło swój urok, bo pojawiły się Bella i Charlie. Doskonale wiedział, że Carlisle nie pochwala tego co robił już od wielu dni, a także i dzisiejszej nocy, lecz to było o wiele silniejsze od niego. Od tygodni wymykał się co noc wyskakując z okna, a potem biegł w ciemną czeluści noc, tak szybko jak pozwalał mu na to jeden z jego wampirzych darów. Do upragnionego celu docierał nie dłużej niż w kilkadziesiąt sekund. Dla normalnego człowieka byłby to niemożliwy, a do tego morderczy bieg, ale on nie dostawał po nim nawet zadyszki. Doskoczył szybko do uchylonego na piętrze okna i niesłyszalnie dla ludzkiego ucha wsunął się do środka. Przysiadł na biurku stojącym pod oknem i wpatrzył się w jedną ze śpiących postaci. Dziewczyna leżała do połowy odkryta oddychając miarowo i spokojnie. Zawsze gdy tu był przesypiała całą noc. Na początku dziwił się jak Bella i Charlie mogą mieć wspólny pokój, skoro był tak różne, ale teraz już wiedział, że dom jest po prostu mały.
Słysząc cichy pomruk wydobywający się spod kołdry spojrzał na drugie łóżko. Charlie często w nocy się kręciła, a nawet mówiła przez sen. Czasem skupiał się na tym o czym śni i często były to koszmary. Teraz prawie nie było widać jej głowy spod okrycia, tak ciasno była opatulona. 
Wpatrywał się w obie dziewczyny na zmianę nie wiedząc na, którą chciałby patrzeć dłużej. W każdej było coś co go onieśmielało, co sprawiało, że nie mógł sobie wyobrazić jak mogłoby ich nie być. Wiedział, że to źle, nie powinien być z żadną z nich. Nie wolno mu. A mimo to wręcz marzył o pocałunkach z każdą z nich. To było niedorzeczne, ale wszystko wskazywało na to, że zakochiwał się w dwóch ludzkich istotach... 
~~~~
W Forks pogoda przeważnie pozostawała dość przewidywalna i niezmienna, więc nagłe słońce i nieco wyższa temperatura niż dotychczas była dla wszystkich niemałym, lecz przyjemnym zaskoczeniem. Oczywiście z wyjątkiem rodziny Edwarda, która do tej pory była obiektem wszelkich rozmów wśród mieszkańców miasteczka. 
Dłuższa wycieczka w postaci intensywnego polowania, napawała go spokojem jakiego nie czuł już od dawna, ani w umyśle ani w duszy. Jego myśli bezustannie krążyły wokół Belli i jej siostry, wciąż zastanawiając się jak to możliwe, żeby los dwóch istot tak bardzo go obchodził. Widział na twarzach członków rodziny czający się niepokój związany z jego zachowaniem, nawet zawsze chłodna i wyniosła Rosalie wyglądała na nieco zmartwioną, ale wciąż był przekonany, iż nie ma prawa prosić ich o jakąkolwiek pomoc. To był jego problem i powinien poradzić sobie z nim sam. 
Las i góry zawsze pozwalały mu się odciąć od tego co go trapiło i odetchnąć. Miał nadzieję, że i tym razem tak będzie. Poruszając się z zawrotną prędkością przez gęstwinę drzew i paproci nie myślał już o niczym jak tylko krwi. Odezwał się jego niezawodny i pierwotny instynkt, więc postanowił, że teraz zda się wyłącznie na niego. Zapach zwierzęcej krwi był coraz mocniej wyczuwalny, gdzieś musiał być jeleń lub nawet niedźwiedź. Wybiegł na okrągłą, zieloną polanę otoczoną drzewami, pośrodku której pasło się niewielkie stadko saren. W jednej chwili na nie patrzył, a już w następnej przyciskał usta do szyi najbliżej stojącego zwierzęcia, przebijając ostrymi kłami jego skórę i tętnicę. Z każdą sekundą podczas, której zaspokajał swoje pragnienie, jego niemalże czarne oczy robiły się coraz jaśniejsze, aż w końcu przybrały barwę złocistego miodu. Powoli odzyskiwał swoje ludzkie zmysły i odruchy. Wiedział, że to jego przetrwanie, ale myśl, że Bella lub jej siostra mogłyby się dowiedzieć o tym co musi robić on i jego rodzina by mogli normalnie funkcjonować, napawała go obrzydzeniem. 
~~~~
Stołówka liceum w Forks była pełna ludzi w tak zwykłej dla siebie porze drugiego śniadania, ale Isabella Lorrens bez trudu mogła zerkać raz po raz na przystojnego jak marzenie Edwarda Cullena. Czasem ich spojrzenia się spotkały, co wywoływało u niej szybsze bicie serca i czerwone plamy na policzkach. Odwracała wtedy wzrok i chowała twarz we włosach mając nadzieję, że niczego nie zauważył. Gdyby wiedziała kim jest ów obiekt jej westchnień i marzeń, wiedziałaby, że jedyne co może przed nim ukryć to swoje myśli. Po raz kolejny umknęła wzrokiem w bok, tym razem kierując go na starszą siostrę, która zdawała się nie być świadoma tego co się wokół niej dzieje. Zachowanie Charlie coraz bardziej ją niepokoiło, ale nie wiedziała co mogłaby dla niej zrobić. Owszem żałowała niektórych swoich występków, lecz teraz jej skrucha dla Charlie nie miałaby żadnego znaczenia. 
Zupełnie niespodziewanie rozdzwonił się dzwonek kończący przerwę, a dla Belli zwiastując coś na co wyczekiwała od rana. Pełną podniecenia z istnienia samego faktu i słodkiego uniesienia lekcję w towarzystwie pięknego Edwarda. Nie miała do niego już żalu o to pierwsze, pamiętne spotkanie. W iście dżentelmeńskim stylu przeprosił ją na następnej lekcji i od tamtej chwili pozostawała pod jego niezaprzeczalnym urokiem. Idąc do sali od biologii snuła nierealne marzenia wspólnej przyszłości z Edwardem w roli głównej. Pogrążona w swych myślach bezwiednie szła korytarzem, niemalże na oślep i dopiero mocne i nieco bolesne zderzenie z czymś twardym i dużym przywróciło ją do rzeczywistości. Była przekonana, że upadnie na podłogę siadając na pupę. W ostatniej chwili podtrzymało ją jednak silne, męskie ramię, a jej nozdrza owionął przyjemny zapach. Spojrzała w miodowo-złote tęczówki tonąc w nich szybko, znów widziała tylko jego bladą twarz i rude, zmierzwione włosy. Z jego pomocą stanęła na nogi, lecz wciąż jej nie puszczał. Muskularne ramię w dalszym ciągu obejmowało jej talię, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Nagle jego twarz rozświetlił szelmowski uśmiech, oddychała szybko mając nadzieję, że w końcu spełni się jedno  z jej marzeń. Patrzył na nią całe minuty, które jej zdawały się wiecznością, już widziała jak jego twarz pochyla się do pocałunku, usta były coraz bliżej. Ku jej irytacji postać jednej z wielu uczennic liceum w Forks przemknęła obok nich, burząc ich romantyczny nastrój. W milczącym zaskoczeniu patrzyła jak Edward unosi głowę i powoli odwraca się za siebie. Z ledwością, z powodu napływających do oczu łez, zauważyła na końcu korytarza przy drzwiach damską sylwetkę. Twarz postaci o ciemnych, długich włosach z złośliwym uśmieszkiem na ustach na zawsze zachowała się w jej pamięci.  

niedziela, 3 listopada 2013

Info

Szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem jak zacząć, więc napisze prosto z mostu. 
Blog przechodzi w stan spoczynku. Nie zawieszam oficjalnie. Za jakiś równie dobrze może się coś pojawić, a potem długo nic. 
Decyzję podjęłam nagle, ale prawda jest taka, że już od dawna mam trudną sytuację w domu, głównie emocjonalną, ale też finansową. I nie zawsze jestem z siebie coś wykrzesać, aby pisać. Lecz przede wszystkim dlatego, że nie mam warunków do pisania. 
Znów popsuł mi się komputer, więc teraz korzystam z laptopa od szwagra. Niby wszystko gra, ale jest nie pisana umowa, że korzystam w ciągu dnia, gdy on i moja siostra są w pracy, a wieczorem laptop jest dla nich. 
No właśnie wieczory. Wtedy pisze mi się najlepiej i mam największy spokój, nikt niczego ode mnie nie chce, nie wymaga, nie potrzebuje. Poza tym jest jeszcze brat, który także korzysta z laptopa, więc czas mam jeszcze bardziej ograniczony. 
Jeśli tylko będę miała możliwość coś napisze i wstawię. Ale nie obiecuję. Przykro mi. 
Co do Waszych blogów, to jak tylko będę mogła wejdę i przeczytam. Gorzej z pisaniem komentarzy na, których lubię się skupić by napisać coś sensownego, a nie dwa zdania jak niektórzy. Moja mama ma naprawdę świetne wyczucie czasu i zawsze przychodzi przeszkodzić mi w najlepszym dla mnie momencie do pisania lub czytania. Ale się postaram, jakoś. 
To chyba tyle. Mam tylko nadzieję, że nie będziecie musieli czekać na coś nowego, zresztą to i tak już praktycznie końcówka opowiadania. 
Oby do szybkiego zobaczenia w blogosferze ;)